Zostań instruktorem Nordic Walking
Wyprawa po zdrowie
Pomysł na prezent
Filmy instruktażowe
Korona Wielkopolski 2016/17

Reportaż z zawodów Pucharu Polski Gdańsk 2012

Nasza grupa sportowa to prawdziwi twardziele. Nie pokonała ich odległość dzieląca Poznań od Hajnówki. Nie straszna im też była podróż do Gdańska naostatnie zawody w tym roku z cyklu Pucharu Polski organizowane przez Polską Federację Nordic Walkingu. Uzgodnienia, jak jechać, kiedy, czym i z kim trwały kilkanaście dni, jak nie dłużej. Wymiana korespondencji poprzez skrzynkę pocztową rozgrzała do czerwoności wszystkie łącza sieciowe w Poznaniu i okolicach. Ostatecznie dzień przed zawodami silna grupa w składzie: Asia , Janek , Maria , Arleta , Artur przed przewodnictwem trenera Marcina o ksywce ” Masakra” ( chodzi oczywiście o intensywność treningów......) udała się w kierunku Trójmiasta. Pozostałe osoby, Aśka z Januszem,Zuzią, Heleną oraz Zbyszek jechały rano w sobotę wczesnym porankiem, a niektórzy jak Ania z Czesiem i Ela z Andrzejem parę dni wcześniej. Oj, ostro musieli trenować przed zawodami.......


Dwa samochody, jak już wyrwały się z objęć poznańskich, popołudniowych, piątkowych korków żwawym tempem posuwały się do przodu. Brać była bardzo podekscytowana ostatnią tegoroczną walką na pomorskich trasach. Szyby ostro zaparowane od głębokich wydechów w każdym samochodzie pokazywały, że można ćwiczyć nawet jadąc.....Pierwszy postój zrobiliśmy w Gnieźnie przy słynnej restauracji fast foodowej znanej na całym świecie. Złamaliśmy swoje zasady „dietetyczne” i lekko doładowaliśmy akumulatory o dodatkowe kalorii. Jakieś mufinki,serniczki, tortille oraz cafe late. Ten smak długo czuliśmy.....Mało tego. W sobotę obchodziłem imieniny, w związku z tym przygotowałem dla naszej paczki lekki pakiet słodkości: małe pączusie i babkę czekoladową.  Ekipa tak się rzuciła, że mój labrador widząc to by się zdziwił..... Cały czas rozmawialiśmy o tym co nas czeka, o treningach, taktyce itd. Muszę przyznać, że przy takim zaangażowaniu i nastawieniu to w przyszłym roku Puchar Polski spokojnie zdobędziemy. Zrobiliśmy parę fotek i ruszyliśmy dalej. Pączusie tak zasmakowały wszystkim, że ekipa Asi jadąca za mną i Marcinem cały czas monitorowała ruchy naszych rąk przy torebce z pozostałymi pączkami i kiedy tylko zbliżały się na niebezpieczną odległość natychmiast dzwonił mój telefon, żebym jednak skupił się na trasie..... 
Im bliżej Gdańska tym było ciemniej, zimniej oraz wietrzniej. Widocznie sam Neptun nie mógł się doczekać zawodów, bo za Bydgoszczą już tak wiało, że wychodząc za tzw. potrzebą na postoju przy autostradzie musieliśmy trzymać się wzajemnie, aby nie odlecieć. Trener Marcin zarządził lekki trening, który tym razem spotkał się z pozytywnym przyjęciem. Nieźle rozgrzani ruszyliśmy ostatnią prostą do Gdańska. Koło 22:00 dotarliśmy do miejsca zwanego „Duńcówką” gospodarstwa agroturystycznego, które znalazł Janek. Już pierwsze rozmowy z gospodarzem Panem Ryszardem utwierdziły nas w przekonaniu,że wybór miejsca noclegowego był trafiony. Poczucie humoru, niezwykła serdeczność oraz ciepło bijące od Pana Rysia, mimo niezwykle ostrego wiatru mówiły nam,że będzie po prostu wspaniale. I było !!!! Nocne rozmowy naszej ekipy trwały do północy. Wspomnienia o dawnych czasach studenckich i nie tylko okraszone dobrą herbatą i resztkami jedzonka  spowodowały niepowtarzalną atmosferą. Oj Trenerze, żałuj ,że nocowałeś gdzie indziej....W końcu jednak przypomnieliśmy sobie o zawodach. Uznaliśmy, że trzeba się wyspać i oddaliśmy się wzmacniającemu odpoczynkowi podczas snu. Wcześniej uzgodniliśmy z naszym gospodarzem śniadania dla wszystkich o godz. 7:30. Wiatr cały czas wiał z siła 9 w skali Beauforta. Tak oceniła Asia, nasza specjalistka od żagli. Dom , w którym spaliśmy wyglądał solidnie, więc z ufnością poszliśmy spać. 
Chłodny poranek wygonił nas z łózek między 6 :00 a 7:00. Niektórzy brali prysznic, inni się rozgrzewali już na dworze obchodząc nasze prześliczne jak się okazało miejsce pobytu, a  największą sensację wzbudziło wielkie drzewo – brzoza, którą pokonał w nocy wiatr i przewrócił ją na huśtawki...Strach pomyśleć, co by było, gdyby wiatr wiał w druga stronę w kierunku naszego domku...Nie zastanawiając się długo nad tym faktem,zrobiliśmy zdjęcia naszej powalonej „zdobyczy” i z zaciekawieniem udaliśmy się na zwiedzanie gospodarstwa czekając za śniadaniem, którego naczelnym punktem miała być jajecznica z jaj z kur domowego  chowu na wiejskiej wędzonce. Oj nasz dietetyk przewraca się w gabinecie......Będzie się działo jak do niego pójdziemy....A w gospodarstwie działy się ciekawe rzeczy. Stado psów gospodarskich uznało, że my będziemy dobrym kęsem i miało na nas chęć,ale Pan Ryszard zapanował nad ich potrzebami żywieniowymi. Następnie koń Kubuś chciał się z nami zapoznać,ale zapach marchewki odwrócił jego uwagę i ostro ruszył do pomieszczenia z jej zapasem. Ponoć robi tak codziennie. Nie sposób opisać wszystkiego. Chętnych odsyłam do strony www.duncowka.pl. Naprawdę warto !!!! Kiedy już obudzeni do końca rześkim powietrzem rozgrzewaliśmy się przy kominku wjechała tanecznym  krokiem żona Pana Ryszarda ze śniadaniem. Zapach jajecznicy oraz innych podanych specjałów spowodował, że zapomnieliśmy o całym świecie. Wróciliśmy do rzeczywistości, kiedy widelce stukały już o puste półmiski. To była prawdziwa wyżerka. Może nie na miarę uczt szlacheckich na Dworze króla Artusa,ale byliśmy blisko......Lekko ociężali po serdecznym pożegnaniu z właścicielami udaliśmy się do miejsca zmagań kijkowych. 

 

Pogoda była wietrzna, chłodna, ale póki co nie padało. Na terenach AWF, gdzie odbywały się zawody panowała senna atmosfera. Niewielki grupki osób uzbrojonych w kije snuły  się po polanie. Wyjątkowo nie było dużych kolejek do rejestracji. Dojechała do nas druga część grupy: Aśka z rodziną i Zbyszek. Po rejestracji i paru rozmowach z przyjaciółmi z innych klubów ruszyliśmy na trasę, chcąc zobaczyć co nas czeka. Licząc oczywiście na to, że ostatnie zawody to będzie luzik. Nie spodziewaliśmy się wielu utrudnień, a tutaj....wyszło szydło z worka. Organizatorzy pozazdrościli tras, na których jeździ Maja Włoszczowska w kolarstwie górskim i przeszli samych siebie. Na początku wydawało nam się,że cały czas będzie z górki,ale po małej chwili okazało się, że idziemy w odwrotną stronę...czyli cała trasa od początku szła pod górę i to były całkiem niezłe zbocza. Do tego należy dodać specjalne miejsca z błotem, nierównościami, rowami, korzeniami itd. Czyżby w gronie organizatorów był ktoś z brygady „Grom” ??? zastanawialiśmy się przechodząc trasę. Byliśmy już nieźle zmęczeni,ale rozgrzani i podekscytowani walką na tak trudnej trasie. Cóż, chcąc być mistrzem trzeba radzić sobie w każdym warunkach. Godzina startu zbliżała się nieubłaganie. Marcin przeprowadził z nami rozgrzewkę, zaczęło jeszcze bardziej wiać. Nieubłaganie zbliżał się deszcz. Wszyscy czuli ogromne napięcie, tym bardziej, że na starcie pojawili się absolutnie wszyscy. Ponad 400 osób! , wg mnie nawet 450 wariatów z kijkami. 
W końcu ruszyliśmy. Trasa pod górkę była bardzo wymagająca. Ciężki oddech złapałem szybko, ale równie szybko organizm przyzwyczaił się do większego wysiłku. Zacząłem gonić czołówkę i mijając poszczególnych zawodników i zawodniczki ukończyłem mój dystans 5 km w niezłym czasie 37.23, jak na ten rodzaj trasy. Byłem bardzo zadowolony z siebie, bo wyniki moich konkurentów, tak się ułożyły, że w klasyfikacji generalnej jestem ostatecznie piąty ( chociaż przez chwilę byłem czwarty ) na trzydziestu sześciu zawodników. Jak na niecałe cztery miesiące treningów całkiem nieźle. Cała nasza ekipa spisała się na medal. Zdobyliśmy dużo punktów i medali i oczywiście znalazło to odbicie w klasyfikacji generalnej, gdzie też byliśmy w czołowych trójkach. Nasze demony prędkości Zuzia i Zbyszek dali czadu, podobnie Ania, Maria, Arleta, Aśka, Helena, Janusz, Asia, Czesiu, Jan. Nasi długodystansowcy Maria i Jan kończyli 20 km w niezłym deszczu, który później stał się już ulewą. 

   

Podłoże namiotu pod którym można było dostać grochówkę z wkładką w ciągu paru chwil zmieniło się w niezłe bajoro. Trzeba było posuwać się ruchem konika szachowego, żeby nie wywinąć orła z grochówką dochodząc do stolika. Zadowoleni, choć mocno zziębnięci ruszyliśmy w kierunku Poznania. Przy okazji odwieźliśmy jeszcze jedną uczestniczkę do Gniezna. Powrót upłynął w radosnych nastrojach. Byliśmy w Poznaniu nieźle po północy. Wchodząc do domu mój pies już czekał na mnie. Na ustach miał pytanie, a raczej stwierdzenie:  „No to co? Przebierasz się i lecimy na kije?” Cóż, Nordic Walking potrafi być uzależniający. Do zobaczenia na kolejnych zawodach !!!!



reportaż by: Artur Lemański



facebook